Dzieje się w lidze NBA. Mimo, że wczoraj faworytami do wygranej i zakończenia zmagań finałowych na Zachodzie, byli koszykarze OKC Thunder, to mimo wszystko ich wygrana w serii jest sporą niespodzianką. Podobną albo i większą niespodzianką mógłby być awans do finałów ekipy Boston Celtics którzy po 5 rozegranych spotkaniach prowadzą w serii z Miami Heat 3:2. Już dzisiejszej nocy, grając na własnym parkiecie stają przed szansą postawienia kropki nad i czyli wygrania meczu nr 4 który da im upragnione finały. Czy jest to możliwe? Bukmacherzy faworyzują w tym spotkaniu gości z Florydy, nie trudno zgadnąć kto będzie faworytem w ewentualnym meczu nr 7. Jak widać bukmacherzy wciąż wierzą w końcowy sukces Lebrona, Wade'a i spółki. Ja jednak widzę to zupełnie inaczej. Drużyny które były faworytem do wygrania całej ligi przed rozpoczęciem sezonu są już na rybach, mowa oczywiście o jedynce na Wschodzie czyli Chicago Bulls którzy musieli uznać wyższość Sixers z Filadefii mimo, że byli wielkim faworytem tej serii. Jak mieliśmy okazję zobaczyć poprzedniej nocy, podobnie jest w przypadku San Antonio Spurs którzy również zakończyli sezon, a byli praktycznie murowanym kandydatem do pieścieni. Jak więc widać NBA jest taką ligą w której słowo "faworyt" niewiele znaczy. Dlatego dziś nie przejmuję się tym, że bukmacherzy faworyzują Miami Heat i stawiam na Celtów. Dlaczego tak? Po pierwsze - przewaga własnego parkietu. Czwartkowy mecz odbędzie się w hali TD Garden w asyście kompletu kibiców, kibiców których można zaliczyć do najbardziej żywiołowych w całej lidze. Kibiców którzy stwarzają niesamowitą atmosferę nie tylko na meczach Celtics ale także na pojedynkach ustepujących już mistrzów NHL, Boston Bruins. Nikogo chyba nie trzeba przekonywać jak istotny jest to atut. Nie raz ani nie dwa mieliśmy okazję przekonać się w tym sezonie co znaczy wsparcie kibiców którzy często są szóstym zawodnikiem gospodarzy na parkiecie. Wystarczy spojrzeć w statystyki w których czarno na białym widać, że zawodnicy lepiej prezentują się grając przy swoich niż będąc pod stałą presją 20 czy 25 tysięcznej publiczności. Kolejnym niepodważalnym faktem jest to, że Celtowie w tym sezonie wygrali wszystkie 5 spotkań przeciwko Miami Heat na własnym parkiecie. Celtics wygrali także ostatnie 3 mecze z rzędu odwracając wynik serii z 0:2 na 2:3. Kto wie czy już po dwóch pierwszych meczach nie mielibyśmy wyniku 1:1, niestety więcej zimnej krwi w ostatnich decydujących 5 minutach dogrywki zachowali koszykarze z Miami. Każdy kto śledzi tą jakże ciekawą serię z pewnością zauważył jak zmieniła się gra Bostonu jeśli chodzi o ofensywę. W sezonie zasadniczym nierzadkością były mecze w których to podopieczni Doca Riversa zdobywali po 70-kilka punktów w całym spotkaniu. Gra Celtów była bardzo nierówna, długie przestoje bez punktów były na porządku dziennym przez co często mogliśmy zaobserwować dość kuriozalne wyniki kwart w których to Celtowie zdobywali np. 12 punktów. Teraz Bostończycy w każdym meczu serii z Miami ocierają się lub przekraczają granicę 100 punktów (79,111,101,93,94). Co ma taki wpływ na ich grę? Z pewnością to, że drugą młodość przeżywa wielki KG czyli Kevin Garnett. Nie zdobywałby on tylu punktów gdyby nie równie genialny rozgrywający Celtów, Rajon Rondo. W dużej mierze dzięki temu duetowi Celtics przesunęli szalę zwycięstwa na swoją stronę. Nie można też zapominać o świetnie grającym Paulu Pierce'ie. Cenne punkty dorzucają także zawsze groźny zza łuku Ray Allen czy Brandon Bass a także zmiennicy jak Greg Stiemsma czy Mickael Pietrus. To co pisze może wyglądać trochę jak zachwyt nad Celtami, a historia moich typów jak stawianie na nich mając klapki na oczach. Nic podobnego. Uważam, że Celtowie mają więcej atutów po swojej stronie. Teraz kilka słów o Miami czyli dwóch armatach i zawodnikach drugoplanowych. Dwyane Wade, jeden z liderów Miami Heat, mimo, że zdobywa dużo punktów w każdym meczu to chyba jednak wciąż nie jest na swoim najwyższym poziomie jaki np. w tej chwili prezentuje Lebron James. Za dużo zależy od tej dwójki, podczas gdy w ekipie z Bostonu wszystko to rozkłada się równomierno na całą piątkę. Kończąc już mój wywód wspomnę o jeszcze jednym istotnym aspekcie. Cofnijmy się w czasie o około 365 dni i przypomijmy sobie ubiegłoroczne finały Miami Heat-Dallas Mavericks. Mavs po objęciu prowadzenia w finałach 3-2 jechali na kolejny mecz do Miami. Mecz którego Heat nie mogli przegrać gdyż porażka oznaczałaby koronację dla Dirka Nowitzkiego i spółki. Przegrali go jednak różnicą 10 punktów. Liderem będących wtedy pod ścianą Heat był wtedy Lebron James który zdobył "jedynie" 21 punktów. Dlaczego wspominam o tym meczu? Dlatego, że dziś jesteśmy a właściwie są podopieczni Erica Spoelsty w podobnej sytuacji. Nie da się ukryć, że rok temu w najważniejszym meczu sezonu presja i trema zjadła Żar z Florydy. Tylko, że wtedy James i spółka mieli za sobą 20.000 swoich kibiców. Dziś tych kibiców nie będzie, będą za to kibice Bostonu którzy zrobią wszystko aby trema i presja była jeszcze większa niż rok temu. Być może James i Wade poradzą sobie z nią gdyż są to zawodowcy, ale tacy gracze jak Mike Miller, Mario Chalmers czy Udonis Haslem mogą mieć w głowie przez całe 48 minut gry to, że trzeba ten mecz wygrać i, że nie będzie drugiej szansy. Podsumowując moją analizę, wszystko wskazuje na Celtów, jeśli jeszcze spojrzymy na kursy oferowane przez bukmacherów to już nic więcej do szczęścia nie jest potrzebne. Go Celtics!

