Wbrew wszelkim przeszkodom w postaci zbyt długiej i nie dość mokrej trawy hiszpańskie primadonny wyszły z pierwszego miejsca w grupie C, co zawdzięczają przede wszystkim temu, że sędziowie uznali im gola zdobytego ze spalonego. No, ale skoro strzelał gość, który ma na imię Jesus, to arbitrowi nie wypadało anulować bramki. W trzech meczach fazy grupowej La Furia Roja jednak niczym szczególnym nie zabłysnęła. Ba… nam wydaje się wręcz, że Hiszpanie stali się karykaturą samych siebie. Wymieniają piłkę krótkimi podaniami, tkając akcję tyleż efektownie, co nie efektywnie. Zresztą podobna choroba dotknęła Francuzów, którzy zarówno w zremisowanym meczu z Anglią, jak i przegranym ze Szwedami, mieli optyczną przewagę, z której niewiele wynikało. Przed turniejem wieszczyliśmy, że Francuzi mogą być objawieniem Euro 2012, ale teraz wydaje się nam, że były to słowa na wyrost. Francja jest silna, ale chyba nie na tyle, by ograć ekipę Vincente del Bosque. Stawiam na Hiszpanie, wierząc, że po takiej sobie postawie w fazie grupowej teraz będzie już tylko lepiej. A jak nie będzie, to Hiszpanie będą mogli znów ponarzekać a to na zbyt długie źdźbła, a to na nie dość mokrą wodę, którą podlewana jest murawa. Do tego dojdzie jeszcze ekstra wymówka dotycząca tego, że wcześniej grali w Polsce, a teraz zagrają w Doniecku.

