Drugie spotkanie serii finałowej na Wschodzie pomiędzy Miami Heat a Boston Celtics. Wiele osób na starcie skreśliło tę serię uznając ją za mało emocjonująca. Ja uważam, że będziemy mieli w niej dużo więcej emocji niż na Zachodzie. Po premierowej odsłonie to zawodnicy Miami są o krok bliżej finałów NBA prowadząc w serii 1:0. Na pewno zbyt dobrze tego meczu nie będą wspominać koszykarze z Bostonu i trener Rivers. Nie licząc 2 kwarty w której Bostończycy zdobyli aż 35 punktów, zaprezentowali się wręcz fatalnie ostatecznie przegrywając 14 punktami. Czy dziś może być inaczej? Jestem przekonany, że może. Celtics zawsze słabo rozpoczynają każdą serie playoffów aby w drugim meczu prezentować się zupełnie inaczej. Liczę, że tak będzie dziś. Myśląc o finałach trzeba wywieźć przynajmniej jedno zwycięstwo z Miami. W pierwszym spotkaniu mieliśmy dwie skrajności, dramatyczna skuteczność Bostonu, nieistniejący Ray Allen (zawodnik ze skutecznością blisko 50% w rzutach za 3) oraz słaba postawa Pierce'a natomiast z drugiej strony znakomita skuteczność Miami. W Heat punktowali wszyscy a ważną rolę pełnili zmiennicy którzy trafiali niczym supergwiazdy. Nie wydaje mi się żeby taki mecz się powtórzył. Żeby Ray Allen wielokrotnie mylił się w rzutach "zza łuku", żeby zawodnicy tacy jak Battier czy Miller seryjnie trafiali z dystansu. Boston Celtics to doświadczona ekipa która z niejednego pieca chleb jadła i z pewnością jest w stanie wyjść zwycięsko z rywalizacji z Żarem.

