Dzisiejszej nocy być może poznamy końcowe rozstrzygnięcia w lidze NBA. Stan rywalizacji w finałach to 3:1 na korzyść koszykarzy Miami Heat którym brakuje już tylko jednego zwycięstwa nad Oklahomą City Thunder aby założyć na ręce mistrzowskie pierścienie. Faworytem jest Miami Heat które gra u siebie i zrobi wszystko aby już dziś zakończyć serię. Ja jednak nadal konsekwetnie stawiam na Duranta i spółkę. Zawiedli mnie co prawda dwa razy z rzędu, ale liczę, że dziś odkupią wszystkie swoje winy. Wynik 3:1 i najbliższy mecz na własnym parkiecie - nie wygląda to zbyt dobrze dla klubu z Oklahomy, nie jest jednak tak fatalnie jak wygląda. Po pierwsze, Miami przełamało przewagę parkietu Thunder, ale jeśli dziś polegną to rywalizacja na ostatnie dwa mecze przeniesie się do Oklahomy bowiem w finałach w przeciwieństwie do poprzednich rund serię rozgrywa się systemem 2-3-2 a nie 2-2-1-1-1. Gospodarze muszą więc dziś postawić kropkę nad i aby przy stanie 3:2 nie jechać na ostatnie dwa mecze do jaskini lwa jaką z pewnością jest hala w Oklahomie, wypełniona po brzegi chyba najbardziej żywiołowymi kibicami w całej lidze. Jak widać, wynik 1:3 wcale nie jest taki najgoroszy jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać. Dlaczego to OKC ma wygrać dzisiejszy mecz? Wszystkie mecze finałów póki co są bardzo wyrównane. Przed dwoma dniami w meczu nr 4 tegorocznych finałów, OKC rozpoczęło spotkanie z wysokiego lub nawet bardzo wysokiego C. Po paru minutach na tablicy widniał wynik 15:3 aby po chwili prowadzenie Thunder wyniosło nawet 17 punktów. Potem kilka udanych akcji zanotowali gospodarze którzy przy akompaniamencie publiczności "nakręcili" run i wobec bezradności Thunder, zniwelowali stratę do 1-3 punktów. W dalszej części meczu nie mieliśmy już takich odskoków, wynik oscylował wokół remisu. W 4 kwarcie gospodarzom udało się odskoczyć na 7 punktów i gdy wydawało się, że jest już po meczu, Durant i spółka znów odrobili straty wychodząc nawet na prowadzenie. Niestety kosztowne błędy w ostatnich minutach czyli nietrafienie spod samego kosza banalnego layupa Jamesa Hardena oraz bezmyślny faul Russella Westbrooka podczas gdy gospodarzom pozostało zaledwie 5s na skończenie akcji, spowodowały, że to Heat wygrali mecz mimo, że gorąco było do samego końca. W ostatnich kilkudziesięciu sekundach meczu wszystkich rozgrzało jednak coś innego niż sam wynik. Lebron James, lider Heat niefortunnie upadł na parkiet i z wielkim grymasem bólu musiał opuścić parkiet. Nie da się ukryć, że bez niego Heat nie mieliby szans w kolejnych meczach. Kibice nerwowo spoglądali na ławkę rezerwowych, Lebron pojawił się na parkiecie na kilkanaście sekund aby znów opuścić boisko z wielkim bólem. Zdrowie Jamesa jest obecnie tematem numer 1, jednak wszystko wskazuje na to, że zagra w dzisiejszym meczu. Nie wydaje mi się jednak aby mógł wykręcić jakiś znakomity rezultat typu 40 punktów. Swoje z pewnością rzuci, ale łatwo mu nie będzie. W poprzednim meczu "dzień konia" miał Mario Chalmers który standardowo rzucając po kilka, kilkanaście punktów rzucił aż 25 oczek - najwięcej w sezonie. Mimo tego mecz do ostatnich chwil nie był rozstrzygnięty. Jestem niemal przekonany, że nie powtórzy tego występu dziś wieczorem. Zbliżając się powoli do końca - niewiele zabrakło przed dwoma dniami aby OKC wygrało i wyrównało stan rywalizacji, nie udało się i dziś mamy mecz o wszystko. Podopieczni Scotta Brooksa zrobią wszystko aby przedłużyć tegoroczne finały. Nie ma już odwrotu, nikt nie będzie oszczędzany a motywacja sięgnie maksimum. Nie wydaje mi się aby tak znakomita drużyna jak Durant, Westbrook i spółka przegrali serię 4:1 przegrywając 4 mecze z rzędu. Mam przeczucie, że seria dziś się nie skończy i mam głęboką nadzieję, że tak będzie. Go Thunder!

